Szlak „TRZECH WIEŻ NAD BORAMI”

W północnej części województwa kujawsko – pomorskiego znajduje się malownicza Kraina trzech wież nad borami. Swoim zasięgiem obejmuje dzisiejszą gminę Lubiewo w powiecie tucholskim. Od ponad stu lat w jej krajobraz wpisane są trzy świątynie, których wieże górują nad roztaczającymi się wokoło Borami Tucholskimi. Kraina trzech wież nad borami, to miejsce szczególne, umożliwiające spotkanie z dziedzictwem religijnym wypracowanym i pozostawionym przez pokolenia minione. To spotkanie odbywa się w niepowtarzalnej atmosferze tworzonej przez przyrodę lasów, jezior, pól oraz Brdy – jednej z piękniejszych rzek Pomorza. Warto tutaj dotrzeć, aby skorzystać z tego bogactwa.

Dotarłeś do rycerskiej wsi z nadania królewskiego, która dnia 16 czerwca 2001 roku szumnie i czcigodnie obchodziła swój „Jubileusz 700–lecia Bysławia”. Z którejkolwiek strony przybywasz. Ze wschodu od Świecia lub z przeciwka z Tucholi. Może od siostrzanej wsi Cekcyn z kierunku północnego lub kilkoma ostrymi zakrętami ze stolicy tej gminy czyli z Lubiewa, zatrzymaj się na tzw. „Rynku Bysławskim”

Rozprostuj się, odpręż i pójdź za głosem natury. Może jesteś spragniony, może głodny lub po prostu chcesz skorzystać z toalety? Przed Tobą kilka ciekawych ofert. Możesz pójść do stylowej „Karczmy Borowiackiej”, która stoi tu od zawsze. Kilkanaście kroków dalej za dużym sklepem GS-u jest druga (obszerna jak na wiejskie warunki) „Restauracja Bogusia” z barem i sklepem uniwersalnym. Może pojazd, którym przyjechałeś również potrzebuje zasilenia w paliwo obojętnie jakiego gatunku? O każdej porze dnia i nocy dostaniesz je na stacji paliwowej. Tuż obok niej schludnością i barwą wyróżnia się trzecia restauracja „Złota Rybka”. Jak widzisz Bysław wita Ciebie w szczególny sposób. Spragnionych i złaknionych nakarmimy. Zatem smacznego! Dobrze i z apetytem zjeść a przy tym nie drogo jest szczególną przyjemnością. My Borowiacy pragniemy w Tobie wzniecić rozkochanie do naszych stron i tradycji poprzez żołądek. To osobliwa droga. Droga też, mój drogi Przybyszu, niech będzie Twoim głównym celem. Oferuje Ci szlak, który możesz przemierzyć pieszo, samochodem ale najlepiej rowerem. Ten ulubiony pojazd przez wielu podróżników i roztropnych ludzi przyniesie Ci najwięcej satysfakcji z pokonania przestrzeni pełnej świeżego powietrza. Wygodnie i bezpośrednio obcować z naturą. Pośród krajobrazu pomarszczonego pagórkami, upstrzonego grzywami wszędobylskich borów i kolorowych jak klocki domów.

Zaparkuj samochód przy kościele na wygodnym parkingu. Dobądź swojego dwukołowego „rumaka” i hajda w drogę.
Miałeś okazję na strawę dla ciała. Teraz niech spełni się dla ducha. Wchłoń obfity kielich wrażeń przez wszystkie Twoje zmysły. Proponuję abyś nie był niewolnikiem zegarka ale zgodnie z ruchem jego wskazówek odwiedził „Krainę Trzech Wież nad Borami”. Wyrosły one aby być dla nas drogowskazem, ostoją i pokrzepieniem. Trasa jest tak pomyślana abyś co jakiś czas dał wytchnienie nogom. Mógł przystanąć, odetchnąć i z tablicy informacyjnej zdobyć garść wiedzy na temat miejsca, w którym się aktualnie znajdujesz. Byś mógł odwiedzić gospodarzy interesujących Cię obiektów i z nimi pogaworzyć.

Po zwiedzeniu kościoła wyrusz ul. Spokojną. Dalej ul. Szkolną i Polną w kierunku do Lubiewa. Po pokonaniu ostrego łuku drogi z prawej wyrastają nagle dwie wieże. Ta ostra jak szydło szyjące niebo przed chwilą była zwiedzana na dotyk. Ta druga, to nasza współczesność. To pejzażowa miara wszędobylskiej „komórkowej ery”.
Konstrukcja wyrosła na terenie innej nieco wcześniejszej historii jaką była era kolektywizacji. Ponad pięćdziesiąt lat temu zaczęła działać na dobrach kościelnych Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna im. „8 marca” w Bysławiu. Pomimo różnych kolein politycznych i ekonomicznych, stalinowski relikt przetrwał i dziś przyjął twarde reguły unijnego rolnictwa.
Po lewej na betonowym słupie obszerne gniazdo bociana wskazuje azymut na osiedle Spółdzielni Mieszkaniowej z Tucholi i byłe czworaki RSP. Co rusz powstające nowe domy jednorodzinne w naturalny sposób przyozdobiły to nimi osiedle. Podkreśleniem inicjatywy i ważności niegdyś wsi gromadzkiej jest bryła wiejskiego ośrodka zdrowia, który obecnie dynamicznie się rozbudowuje. Tym razem z prywatnej inicjatywy popartej społecznym zrywem.   Bysławiacy wiele, wiele razy wykazywali swe zaangażowanie czynem, postawą i odważnym działaniem. Tak też było, kiedy po śmierci felczera Zygmunta Pejsa samorzutnie na dziedzińcu tego ośrodka zbudowali kamienny obelisk, ku jego pamięci. Żyjący jeszcze jego pacjenci, podkreślają skromność, życzliwość a nade wszystko poświęcenie. Nie było ważne jaką porą dnia czy nocy. Istotne było jak w ramach swojej wiedzy pomóc bliźniemu. Posłanie swoje spełniał tak dalece dobrze, że w podzięce jedna z ulic nosi jego imię. Nieco w głębi tego dziedzińca znajduje się inna ciekawostka. Rzadko zdarza się aby koło wędkarskie posiadało swój „Dom Wędkarza”. W tym przypadku jest to domek powstały społecznie z ruiny po byłej małej stacji pomp. Rzeźba wysoka na trzy metry „Gniewko syn rybaka” jest trwałym członkiem bardzo aktywnej społeczności wędkarskiej. Za schludnym płotkiem działa największa jedna z trzech hydroforni gminnych, do której czerpie się wodę z pobliskiego ujęcia z głębokości ponad dwustu metrów. Jeszcze jeden rzut oka za kolejny parkan po lewej stronie. Tym razem ten solidny okazały budynek – to była weterynaria. Dzisiaj zmodernizowany gabinet weterynaryjny.

Z wolna wynurzasz się z Bysławia na wolną przestrzeń. Wśród tych pól przy odrobinie  szczęścia może zobaczysz rodzinę sarenek. Tutaj często dostojnie szybuje jastrząb, który prawdopodobnie poluje na kuropatwy albo na małe zające. Schodząca lekkim spadkiem szosa w  dole łagodnie skręca w lewo. Na prawo od zakrętu jeszcze zza małego gaiku widnieją obiekty gminnej oczyszczalni ścieków. Jej wielkość po rozbudowie przyjmie wszystkie ścieki z terenu całej gminy.

Teraz przed Tobą pierwsza próba sił w nogach. Długa prosta bardziej lub mniej nachylona jest pod górę. Dzielny cyklisto masz jednak czas aby zerknąć na prawo i na lewo. Po prawej z każdym obrotem korby wyłania się co raz szersza panorama Bysławia charakteryzująca się jasną zabudową nowego rozległego osiedla domów jednorodzinnych z dominującą bryłą pięknego zespołu szkół wraz z salą gimnastyczną. Patrząc znowu na wprost przybliża się do Ciebie ściana kilku kępek powojennych lasków. Są to prywatne nasadzenia na bardzo ubogiej glebie. Zerkając w prawo po skosie za kilkoma pojedynczymi osadami widnieje zwarta zabudowa Bysławka z charakterystyczną dwuczubą wieżą kościoła klasztornego.

Przed wjechaniem do lasu na moment przystań i obejrzyj się za siebie. Wszystko co zobaczyłeś do tej pory, teraz widać jak na rozległej scenie amfiteatru. Bysław żegna Ciebie na około dwie godziny. Ledwo na chwilę ogarnął Cię przyjemny chłodek i zaciszny lasek, a tu już na szczycie podjazdu po obu stronach drogi robi się „leśna dziura”. Teraz nareszcie nieco wytchnienia dla Twoich mięśni. Niech rower swobodnie stacza się w dół. Po prawej znowu mały lasek, który kiedy był młodnikiem, miejscowi pewnie nazywali go „szunungiem”. Tuż za nim rozpościera się duży las. Można nim wędrować wiele kilometrów bez przerwy jak to często robią jelenie czy pojedyncze ogromne odyńce. Kiedy droga wyrównała swój poziom zatrzymaj się przed tablicą informacyjną. Pójdź na mały spacerek z kierownicą pod rękę.

„Jest to ulubione miejsce wychodzenia zwierzyny płowej na żer. W licznych zatoczkach i zakolach mieszanego lasu, głównie sarny mogą spokojnie wyjść na przyleśne łąki. Nocami zapuszczają się dalej na pola uprawne. Jest to również dobre miejsce wypadowe dla lisów czy jenotów. Nad tą okolicą stale krążą drapieżne ptaki. Z lewa około sto metrów w głębi łąk, dużym wysiłkiem powstają prawie dwuhektarowe stawy. Jeżeli jesteś cierpliwym obserwatorem, kiedy przystaniesz przy jednym z przydrożnych drzew niechybnie powinieneś zauważyć jakieś zwierzęta. Tutaj najwcześniej pojawiają się i najpóźniej rozpływają się białe szale mgły. Tutaj również wieją najsłabsze wiatry ponieważ ich pęd zatrzymują bujne grzywy sosen. W tej ciszy pobądź chwilę, a potem w drogę.

Ruszaj, do lasu  wiedziesz jeszcze kilka razy. Na pierwszym łuku drogi płynie pod nią struga. Odwadnia ona rozległe łąki i pola i wije się wstęgą do Jeziora Minikowskiego, a stamtąd aż do początku Zalewu Koronowskiego w Zamrzenicy. Tą strugę przejedziesz jeszcze raz. Kończy się las po prawej stronie drogi i już przed Tobą cała panorama pól lubiewskich od północy. W zależności od pory dnia południowe słońce oświetla ten teren jakby reflektor teatralny. Zbliżająca się zwarta zabudowa Lubiewa. Robi się ona z dnia na dzień coraz bardziej kolorowa. Ta zielono-żółta pionowa szachownica to kompleks budynków zespołu szkół. Zaś duża biała plama to obiekty słynnego domu kultury.

Łagodny lewy zakręt wprowadza Cię na pierwsze wzniesienie prostokątnej wsi na wzgórzu z unikalnym zbiorem okolicznych kamieni w postaci neoromańskiego kościoła. Po lewej od niedawna wita wszystkich król mórz – NEPTUN. To już druga rzeźba  poplenerowa. Tutaj władczo dodatkowo strzeże receptury chleba z miejscowej piekarni. Kiedy zjesz pajdę tego wypieku ze skraweczkami dopiero wtedy poczujesz szczęście pod podniebieniem.
Smacznego!
Z prawej jak wielki jest napis, tak wielkie zaangażowanie i osiągnięcia mają druhowie z Ochotniczej Straży Pożarnej w Lubiewie. Za solidną kamienicą jakich tutaj jest wiele przycupnął mały „łabądek”. Tak zdrobniale amatorzy napojów chłodzących mówią o swoim barze. I już dotarłeś do domu, w którym w dawnych latach był jeden z pierwszych banków spółdzielczych w tej okolicy. Od połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia mieści się w nim siedziba Urzędu Gminy w Lubiewie. Przed tobą wiele informacji.

Patrz na prawo i na lewo bo nie wiele zobaczysz takich wsi o zwartej zabudowie na planie prostokąta. Wprawdzie tempo zmian przeobraża stare „szczupłe” Lubiewo w „przysiadzistą babulę” poszerzoną o trzecią i czwartą długą równoległą ulicę. Nie wspomnę o miejscu na nowy cmentarz oraz obiektach stadionu między innymi z dwoma kortami do tenisa ziemnego. Póki co, kiedy mijasz po lewej okazałą plebanię, to trzeba Ci wiedzieć, że i w tej miejscowości za probostwem znajduje się ośrodek zdrowia. Reszta budynków po byłym SKR. Przez dwieście metrów będziesz miał labę, bo teraz Twój bicykl stoczy się z górki sam i dotrzesz do jednej z głównych, poprzecznych, krótkich uliczek tzw. „tryft”. Ta jest nie byle jaka bo kończy Lubiewo od wschodu nad głównym stawem we wsi. Dzisiaj pieszczotliwie nazywanym przez miejscowych „Balatonem”. Pomimo, że pięćdziesiąt tysięcy razy mniejszy od tego Węgierskiego, to za to od Bydgoskiego na Glinkach już tylko dwadzieścia razy mniejszy. Różne koleiny były tej wody. Ile krów tu się napiło? Ilu chłopaków wpadło do przerębli a ile „dzikusów” złowiono na wędkę? Te „dzikusy” to karasie srebrzyste albo inaczej „japany”. Często także po prostu nazywane „mutkami”. No więc zsiądź ze siodełka i usiądź na ławeczce i „pogadej” z miejscowymi jak to „ongiś” bywało. Zagospodarowany i schludny minipark nie musi długo Ciebie zapraszać.

Pogadałeś. „Odpoczaneś to tera ruszej dali”. Znowu pod górkę. Sąsiedzi z prawa, sąsiedzi z lewa. Oczami pamięci a także w wyobraźni zobacz sąsiadów z przed ponad sześćdziesięciu lat. W mroźne styczniowe dni 1945 roku od południowo-wschodniej strony do Lubiewa wchodziła wolność. Okupiona wieloma ofiarami i pożogą kościoła ewangelickiego. Właśnie Lubiewo wyróżniało się tym, że w tej okolicy bardzo blisko siebie przez lata stały dwa kościoły. Dopiero ten eksodus świadomie zniszczył ducha wiary germańca. Podobno z konieczności ocalenia kościoła polskiego oraz centrum wsi przed ostrzałem Niemców z kierunku Świekatowa podpalono wieżę ewangelickiego kościoła. Wysoko buchające czerwone języki ognia uciszyły nawałnicę. Okupanci sądzili, że pali się kościół katolicki. Było odwrotnie – płonął ewangelicki. Po zabudowaniach kompleksu parafii pozostał jedynie budynek plebani. Na szczęście mój drogi zerknij na prawo i teraz z bliska obejrzyj ewenement na dużą okolicę. Oto przed Tobą neoromański kościół zbudowany z łupanych kamieni polnych. Pewnie najwięcej pochodzi ich z pól pomiędzy Lubiewem a Trutnowem. Jak wielki trud musieli ponieść dziewiętnastowieczni okoliczni mieszkańcy. Przecież nie „białoruśką” czy John Deerem nie odkopali głazów o wadze dwóch, trzech a niekiedy dziesięciu ton, ale łopatą. Potem konikami na „szlepach”, „rozstrzelane” kęsy kamienne dostarczali na miejsce budowy. Stare dwa woły z zasłoniętymi oczami wciągały je po specjalnej pochylni od wrót cmentarza. Prawie od starej szkoły. Kiedy spróbujesz ochłodzić dłoń przez czułe przywitanie się z tamtymi laty często natrafisz na charakterystyczne rowki po otworach strzelniczych. Czy wiesz, żeby „rozstrzelić” kamień wysoki po twoje piersi i szeroki na rozłożone ramiona, trzeba był wyżłobić od 4 do 6 otworów. Jednemu robotnikowi zajmowało to dwa, trzy dni. W owych czasach były specjalne brygady ludzi do tłuczenia kamieni tzw. „kolony kamieniarzy”, którzy tylko tym się parali. Ponoć nazwa wsi Trutnowo wzięła się od owego kamiennego trudu.
Pewnie i Ty jesteś nieco utrudzony więc masz okazję odpocząć przy wysłuchaniu historii kościoła i o jego zabytkach. Przekrocz próg drugiej wieży, tym razem w znacznym stopniu kamiennej.

Jeżeli wysłuchałeś garść informacji, może ciekawostek związanych z kamienną osobliwością, pora abyś jeszcze zmówił „zdrowaśkę” za tych co byli solą tej ziemi. Pamiętaj , kto w ten sposób czci zmarłych zawsze szczęśliwie podróżuje. Więc i Ty masz teraz szczęście bo sprzed kościoła w dalszą drogę będziesz miał na razie dwa razy z górki. Najpierw zerknij na prawo. To jest kompleks stale rozbudowywanego zespołu szkół z najnowszą salą gimnastyczną. Zaraz za nią wspominany Urząd Gminy w Lubiewie. Naprzeciwko po lewej, dwa jakże różne ale i stare domy. Jeden od zawsze był gospodą. Teraz mieszczą się w nim sklepy różnych branż. Natomiast ten z solidnej wiejskiej kamienicy stał się również sklepem. Po skosie z drugiej strony drogi stoi krępy, solidny budynek Banku Spółdzielczego w Koronowie,  Oddział w Lubiewie. Waluta stąd albo domowe zaskórniaki mogą Ci się przydać na zakupach w następnym sklepie GS-owskim, a może nieco dalej w mięsnym firmowym. Serwuje on najświeższe i smaczne wyroby firmy „Duet”. W gwoli sprawiedliwości w natłoku ciekawych miejsc muszę Ci podpowiedzieć, że za sklepami jest drugi lubiewski skwerek z muszlą koncertową i mini placem zabaw dla dzieci. Jadąc dalej dojeżdżasz do skrzyżowania ze znakiem STOP. Nóżka na ziemię. Otóż gdybyś skręcił w lewo niebawem znalazłbyś się przed niegdysiejszym  Gminnym Domem Kultury. Właśnie w tym budynku tyle już razy prezentowały się teatry wiejskie. Zaś gdyby udało Ci się zebrać wszystkich uczestników z dyskotek ostatniego dziesięciolecia, to byłaby to liczna armia „tancjorów” disco. Za jakieś sto metrów drogi też już wspomniany stadion i nowo powstałe osiedle. Dalej dotarłbyś do małej miejscowości Bruchniewo z dużym tartakiem. Myślę jednak, że po deski to innym razem. Jeśli droga uprzywilejowana jest wolna, ruszaj w prawo i zaraz w lewo. Powiedz „cześć” Neptunowi i z kolejnej górki tym razem na wprost. Przed Tobą skrzyżowanie w kształcie górnej części lilijki harcerskiej. Odnoga w prawo to droga główna, którą przybyłeś z Bysławia. Druga w lewo zawiodłaby Ciebie za cztery kilometry do Klonowa. Ty jednak jedź na wprost. Za tym małym wzniesieniem ukaże Ci się Lisi Kąt. Jak sama nazwa sugeruje, patrz uważnie a może niechybnie zobaczysz rudzielca, przecherę, mikitę. Tak myśliwi nazywają tego wszędobylskiego futrzaka. Oj, rozpanoszył się lis nie tylko w tych stronach. Dlatego trudno będzie Ci zobaczyć długouchego szaraczka. Opowiadam Ci o faunie, bo w tej przecudownej scenerii flory borów wiele rozgrywa się obrazów łowieckich. A to o siwej mgle naraz wynurzy się chmara jeleni. Czasem przeszarżuje okazały „pojedynek” lub cała familia i wtedy mówimy, że to wataha dzików. Ale głównymi mieszkańcami tego rewiru są sarny. Panie to kozy, panowie to kozły albo rogacze a ich rozbrykane potomstwo to koźlęta. Kiedy jest im najciężej w środku zimy, zbijają się w kilkunastoosobowe grupy zwane rudlami. Oj, zwolnij i uważaj abyś nie przejechał polnej drogi, która łagodnie odbija w prawo. Skręć w nią. Teraz poczujesz się jak jedno z wspomnianych zwierzątek. Trzeba uważać, bo droga jest wyboista. To piaszczysta, to znów usypana z kamieni po wykopkach ziemniaków przy pomocy kombajnu. Może akurat jakaś maszyna pracuje z terkoczącym traktorem. Praktycznie już bliżej nie możesz być wśród pól i kniei. Jeszcze po obu stronach obszczekają Ciebie wiejskie psy i z tym pozdrowieniem zbliżasz się do tajemniczej ściany starego lasu. Dla mnie jest on zawsze przecudnej urody. Czy to rychłą wiosną. Skwarnym latem czy też rozmazany złocistościami jesieni. Ale powiem szczerze największe wrażenie robi, kiedy jest gruby potęgą oszronionych gałęzi drzew liściastych. Kiedy czuby sosen są ufryzowane na oliwkowy kolor. Może zamiast roweru skusi Ciebie zimowa sanna z hałaśliwym kuligiem. No ale główny okres kanikuły przypada przecież na lato. Zatem wolniutko, wolniutko pedałami i nie żałuj sobie długich, łapczywych oddechów. Chłoń całym nosem jedno z najczystszych powietrzy. Ciekawe co czujesz bardziej, wilgoć czy przeróżne zapachy? Jedno przelewa się w drugie. Tak żyje las. Coraz bardziej otula Cię długie ramię wielkiego kompleksu leśnego. Jedź ciągle prosto przed siebie. Za moment będzie podwójna ulga. Najpierw spokojny zjazd z górki i prawie u dołu po lewej stronie kolejny powód do dłuższego odpoczynku. Mam jednak propozycję, abyś spróbował pilnie obserwować „lico” drogi. Jeżeli nagle zobaczysz świeże zadrapania w poprzek niej, koniecznie zatrzymaj się. Tropicielu – do dzieła. Niechybnie są to ślady przejścia zwierzyny leśnej. Pytanie tylko jakiej? Śmiało. Dasz radę rozpoznać. Patrz na wielkość, kształt i jak głęboko odciśnięte, to pozwoli Ci rozpoznać gatunek. Dzik czy młody jeleń? Trochę gorzej kiedy trzeba powiedzieć pani czy pan. Może dziecię? Nie martw się za nadto. Tym z pasją i z zamiłowania zajmują się myśliwi. Za ich sprawą dotarłeś do kolejnego miejsca, w którym masz chwilę wytchnienia.

Napedałowałeś się. Może „złapałeś trop”? Teraz masz nagrodę. Koniecznie jak najciszej odstaw rower na bok. Najlepiej wesprzyj go o małą skarpę z lewej strony drogi, a sam stań lub usiądź na jedną z trzech drwalowych ławeczek. Najważniejszy moment. Powoli, ale ciężko zatrzaśnij powieki i posiedź tak chwilę. Wytrzymaj tak długo, aż poczujesz sen na ramionach, albo zaczniesz frunąć. Uwierz mi, że jest coś takiego, jeżeli posłuchasz mnie. Tak naprawdę to słuchasz ciszy leśnej. Bajanie, odpływanie. Czasami zmącone jękiem piły motorowej, a może innym razem tętnem wiejskich zagród, co czają się kilka set metrów stąd. Na krawędziach lasu, który w tym miejscu ma tyle zaułków, co fiordy albo heklowana chusteczka.
Masz miejsce. Spróbuj przywołać czas. Czas łowów. To tutaj w tym uroczysku na małym trójkącie miejscowi myśliwi ustawili swoiste wotum z okazji 50-lecia Koła Łowieckiego Nr 103 „SZARAK”. Ołtarz ofiarny, gdzie od 31 maja 2003r., na początku listopada każdego roku odprawiają mszę świętą ku czci św. Huberta, patrona myśliwych. Pozwól, że opowiem Ci o tym osobliwym miejscu. Przed Tobą głaz granitu polnego. Doprowadzą Cię do niego cztery kamienne stopnie. Symbol czterech pór roku, a może czterech kierunków świata. Łowiectwo to przecież cykl całoroczny w wolnej przestrzeni. Nigdy nie można być pewnym przejścia zwierzyny i na dodatek upatrzonego kierunku.

Tu skądkolwiek przybywasz i o jakiejkolwiek porze stajesz przed naturą. Zastygła ona w formie języka, czy może podkowy szczęścia. Sam puść teraz wodze wyobraźni. Niech Twoje myśli wypowie ozór lub płaszczyzna szczęścia. Niech przyjmie życzenia. Tutaj bowiem myśliwi jako Nemrodzi obecnych czasów dziękują  za wszystko, co ich spotkało. Za zwycięstwa, ale i porażki kiedy zbroczona zwierzyna uszła. Oby przeżyła. Mickiewiczowskie łowy jakby nadal trwają. Jeżeli i Ty zdobędziesz się na dłuższą refleksję, to zauważysz dwanaście dorosłych brzóz, jak dwanaście aniołów, a może tyleż miesięcy. Ponadto są i inni przedstawiciele drzewostanu. Dęby, klony, buki, czeremchy. Młodzież iglasta na razie ochraniana jest siatkami. Spójrz jeszcze tam, gdzie proponowałem Ci ułożyć rower. Zobaczysz przecudowną, odwieczną walkę o przetrwanie. Walkę o życiodajne słońce.
Stoi tam wybujały, śmigły jak świeca modrzew w słusznym już wieku. Tuż przy nim kłębi się z powyginanymi i długimi ramionami młody dąb. Krótko mówiąc „dąbczak”. Który z nich kiedyś będzie potężniejszy? Ciekawy jestem, czy w tym zagęszczeniu zauważyłeś gdzieś dziką gruszę. Kłuje prawie tak samo jak krępe jałowce, co każdej nocy udają przyczajonego ducha. Zerknij jeszcze w górę nad ołtarzem. Przecież nie może zabraknąć tu najukochańszej Matki. Może odnajdziesz ją tutaj po dwakroć? W tym miejscu muszę Ci powiedzieć, że gdybyś uszedł czterdzieści metrów w dół, spotkasz tam krętą strugę (tą z Juli), a za nią rozpoczyna się tzw. „droga różańcowa”. Może wtedy znajdziesz chwilę aby oddalić się ze szlaku na długość chociaż jednej tajemnicy. Ta najbliższa, to najnowsza – tajemnica światła. Podobno wszystko się kiedyś kończy. Zatem z wolna pora skończyć. Oby było to dłuższe wytchnienie.

Przed tobą kolejny odcinek drogi. Cofać się nie wypada. W dół, gdzie droga różańcowa, dzisiaj nie idziemy do końca. Może innym razem. Pozostaje skręcić w lewo skosem pod małą górkę. Tylko nie zniechęcaj się, bo to wzniesienie nie znowu takie duże. Mam drugą dobrą wiadomość. Otóż ten wysoki bór będzie Ci towarzyszył tym razem przez 444 metry. No może około pół kilometra. W środku lasu widzisz solidne ogrodzenie po lewej. Zaraz potem po prawej i cała duża przestrzeń ogrodzona i zabezpieczona. Co to jest? Ano szkółka leśna. Kogo tu uczą? Przemysłowo nazywając jest to po prostu „wytwórnia małych drzewek”. Oczywiście nie wypada tak mówić komuś, kto przyjechał w bory i ma taki romans z lasem. Aby się głęboko zakochać trzeba się dogłębnie poznać. Najlepiej od początku. Każde drzewo w jakiś sposób owocuje. Jabłoń, a to grusza, a to śliwa. Twarda pestka. Drzewa iglaste mają również „owoce”, a są to szyszki. Z różnych szyszek łuszcze się maleńkie nasionka ze skrzydełkami. W naturalnych warunkach, kiedy szyszka „eksploduje” rozpoczyna się swoisty balet, czy też skoki spadochronowe. Musi zaistnieć wiele sprzyjających warunków, aby takie nasionko stało się maleńkim drzewkiem wielkości zapałki. To cudo nazywa się siewką. Natomiast za tą solidną siatką ogrodzeniową na poletkach równych jak na stole rośnie ich tysiące a niekiedy miliony. Te jednoroczne bardzo trudno rozpoznać. Są także dwulatki, a nawet trzylatki. Czym wiek poważniejszy, tym łatwiej rozpoznać gatunek. Myślę, że takiej okazji w jednym miejscu nie często będziesz miał. Jeżeli jesteś tu w godzinach kiedy pracują leśnicy i tzw. „zulowcy” poproś o rozmowę, a na pewno udzielą Ci wielu ciekawych informacji. Wiem, że cechuje ich duża fachowość, pracowitość, a przy tym uprzejmość. To przecież kadra Nadleśnictwa Zamrzenica.

Szanowny wizytatorze, czy szkółka leśna zadowoliła Ciebie? Jak tam wyniki na jednym metrze kwadratowym. Może bardziej pasowało by powiedzieć, że miałeś przyjemność być w żłobku. Co najwyżej w przedszkolu. Teraz trzeba wrócić do dorosłych spraw. Upewnij się co do kierunku i ruszaj prosto przed siebie tą samą drogą, którą przybyłeś do tablicy informacyjnej. Jaka ogromna różnica. Czy wiesz, że mała siewka zanim stanie się dorosłą sosną musi prawie pięćset razy  wyżej urosnąć niż jej jednoroczny wzrost. Co to by było gdyby człowiek ze swojego noworodkowego wzrostu śmignął na chociaż dwieście pięćdziesiąt razy w górę. Te wszystkie dorodne buki, dęby, świerki i sosny stały by się wówczas zaledwie małym trawniczkiem. A tak, póki co jest odwrotnie. To my ludziki jesteśmy prawie dwadzieścia razy mniejsi od lasu.

Celowo powiedziałem lasu, a nie boru. Otóż trzeba Ci wiedzieć, że jeżeli w drzewostanie przeważają drzewa liściaste to jest to las. Natomiast, jeżeli przeważają drzewa iglaste to jest,  to bór. Masz problem po prawej stronie. Las czy bór? Leśnicy twierdzą, że w pierwotnej formie Bory Tucholskie były puszczą o strukturze lasu.

My tu gadu, gadu o  cyfrach i liczbach, a już po lewej pewnie mijasz niewidoczne wzniesienie, a na nim byłą wieżę obserwacyjną. Służyła ona do obserwowania całej wielkiej okolicy w okresie letnim.  Do końca lat osiemdziesiątych XX wieku była wykonana z bali drewnianych. Po drabinkach wchodził na nią obserwator i cały dzień za pomocą lornetki „czesał” wierzchołki sosen. Potem nastała era telewizji i robiła to kamera, a obserwator siedział sobie wygodnie w kontenerze i naoglądał się ekranu. Teraz funkcję tej wieży przejęła budowla stalowa, która stoi na Lisichjamach w Klonowie. Powrócono do obserwatorów. Są nimi najczęściej odważne panie. Jeszcze przed Tobą długi łuk utwardzonej tłuczniem leśnej drogi i już  dojeżdżasz  do unikalnego skrzyżowania. Zachowaj dużą ostrożność, bo wracasz do tempa i zagrożeń polskich dróg.

Jeszcze raz upraszam Cię o zachowanie dużej ostrożności i ustań w takim miejscu abyś widział jak najwięcej zbliżających się w to miejsce dróg. Tutaj z góry skosem przychodzi asfaltowa droga z Klonowa i ten szlak idzie dalej na wprost do Bysławka. Łagodnym klinem odbija od tej głównej, trzecia droga asfaltowa do Minikowa. Czwarta droga biegnie prostopadle do głównej i jest wykonana z żużlu. Można nią dojechać do siedziby nadleśnictwa w Zamrzenicy. Piątą drogą to Ty tu przybyłeś. Jest i szósta najmniej używana tzw. „droga flisaków”. Zaiste dziwne to skrzyżowanie. Krzyżuje się tu stare z nowym. Szerokie z wąskim. Asfaltowe z leśnym duktem. Nie w czterech ale w sześciu kierunkach, możesz się stąd udać. Za nim ruszysz w tę najszybszą stronę do Bysławka – posłuchaj jaka legenda krąży o tym miejscu. Otóż w skrócie mówiąc na skrzyżowaniu tym „urzęduje” siedmiu diabłów. Każdy z nich symbolizuje jeden z siedmiu grzechów głównych. Na dodatek trzech z nich jest bardzo „zawściekniętych”. Drugich trzech to łagodne, dobrotliwe łajdaki. Ten siódmy – to nijaki. Ulega jednak namowom tym, których jest więcej. Wyobraź sobie, że nawet leśne biesy mają grafiki i dyżury. Skoro jest ich siedmiu, a dróg jest tylko sześć, to jeden zawsze jest bez swojej drogi. Ma po prostu wolne. Konfiguracje mogą być różne. Albo trzech groźnych i trzech nawet miłych ma borowa wachtę, to ten siódmy nijaki odpoczywa. Bywa jednak, że dyżur ma ponownie trzech łobuzów, a tych dobrych tylko dwóch, to szóstkę uzupełnia nijaki, który od razu trzyma z większością i sam się okrutnikiem staje. Na szczęście bywa i tak, że ten ble, ble ma dyżur z wesołkami i wtedy na skrzyżowaniu jest w miarę miło. Inna rzecz to niewiadoma, który „grzech” jest na której drodze. Trzeba mieć duże szczęście i odpowiednie argumenty, aby przechytrzyć swojego belzebuba. No, a na drogach to najbardziej niebezpieczny jest chyba ten od pijaństwa. Bo dajmy na to w takiej kniei poleniuchować to znowu nie taki duży grzech. Jeżeli nie goni Cię czas, możesz przeczytać całą tę baśń. Dowiedzieć się więcej o „ancymonach”. O ich imionach, bo każdy rogaty ma swoje miano (załącznik – baśnie).

Trochę się „zestrachałeś”. Pewnie jest dzień i na dodatek piękna pogoda – to i pięknie ruszaj w drogę ku Bysławkowi. Na razie nie dojrzysz trzeciej wieży. Bo las nie pozwoli, bo bardziej wzgórza polodowcowe. Te dziwy natury są tutaj, co jedno, to inne. Pod względem kształtu, ale także rodzaju gleby z jakiej się składają. Raz jest to żyzna glina, innym razem żwir. Kolejna jest z piasku, jakby rodem z nad morza. Te górki zaczynają się właśnie tutaj. Najpierw wjedziesz w „zielony tunel”, który tak naprawdę odzwierciedla swój koloryt od końca maja, aż przez całe wakacje. Potem wyzłaca się tysiącem barw jesieni. Wiekowe drzewa, głównie buki przerzedzają wiatry i coraz częściej zdarzają się tu wywroty lub wiatrołomy. Pomimo tych nieszczęść, w tym miejscu las jest zdecydowanie różny w porównaniu z całymi oddziałami monokultury sosnowej. Rośnie na dobrej glinie. Te piękne widoki, jednak szybko pozostają za Tobą, bo droga coraz bardziej schodzi lewym zakrętem w dół. Staraj się lekko hamować bo na samym dole wysoką groblą ponownie przejedziesz strugę (tą z Juli). W tym miejscu uregulowany rów odcina wszystkie złe moce z lasu i już teraz nie będziesz miał problemów. No może jeno ten, że przed Tobą bardzo ostre, ale za to krótkie wzniesienie. Za jego szczytem po prawej w byłej „piaskownicy” zostało zlokalizowane z wielką starannością wysypisko śmieci. Naprzeciw niego wiją się łąki. Co właściciel, to inna kultura utrzymania traw.  Ten zielony dywan podchodzi, aż do zwartej zabudowy jednej z najstarszych wsi tego regionu, czyli do Bysławka. Ujrzałeś go, gdy pokonałeś bardzo ostry, krótki zakręt w prawo. No i nareszcie jest trzecia wieża. Pamiętasz ją z podjazdu za Bysławiem. Teraz po dojechaniu do drogowskazu, który informuje Ciebie o tym, że w lewo można udać się do Koziego Borku – cudownego źródełka i kapliczki objawienia Matki Boskiej Błękitnej z Koziego Bórka. Najlepiej zsiądź z siodełka. Mały staw z lewej strony, był kiedyś rezerwuarem wody dla małego młyna wodnego. Swoją pracę zakończył z nadejściem elektryfikacji tych okolic.

Ciasno przycupnięte domy wzdłuż drogi, to typowa zabudowa średniowiecznych wsi rycerskich. Wspinając się na wierzchołek drogi zbliżasz się do byłego dworku myśliwskiego. Na przełomie XIII i XIV wieku najpierw przez polskich rycerzy, a potem przez krzyżackich, był on wykorzystywany do składowania w kamiennych piwnicach znacznych zapasów mięsa z dziczyzny. Kolejne fazy przebudowy i rozbudowy dzisiejszego klasztoru i kościoła usłyszysz od sióstr zakonnych. Jeżeli odpowiednio wcześniej uzgodnisz swój przyjazd z gospodarzem stylowego gospodarstwa agroturystycznego, tuż obok klasztoru, to możesz smacznie zjeść strawę o smakach z przed wieku. Możesz nawet tu zanocować w łóżku z „siennikiem” tzn. z materacem wypełnionym słomą lub sianem.

Kiedy już poznałeś średniowieczną perełkę proponuję mały spacerek w dół. Zaledwie sto metrów od furty kościelnej jest ciekawa brama do prywatnego muzeum narzędzi rzemieślniczych wykorzystywanych na wsi. Ongiś życie wiejskie było samowystarczalne. Co do jadła to naturalne. Jednak wydawało by się, że inne dziedziny to już domena miast z różnymi fabrykami. Dobry wiejski kowal potrafił jednak odkuć i wykonać prawie wszystko w metalu. Stolarz zaś w drewnie od kołyski do politurowanych mebli. Podobnie było z kołodziejami, garncarzami, rzeźnikami i tak dalej, dalej. Dziś już wiele z tych zawodów zanika lub całkiem przestało istnieć. Czy wiesz, że na przykład wiejski stolarz posiadał ponad dwadzieścia ręcznych strugów do drewna tzw. „hebli”. Do tego dochodziły piły, dłuta, młotki, świdry i jeszcze wiele, wiele różnych niekiedy bardzo zmyślnych narzędzi. Za tą kunsztowną bramą możesz przekroczyć próg minionej epoki. Przed tobą zjawi się uroczy starszy pan Edmund. Mistrz stolarski z dobrej przedwojennej szkoły w Chełmnie. Już od kilku lat gromadzi on różnego rodzaju narzędzia i przyrządy. Niektóre z nich całkiem zagadkowe. Nie wspomnę już o ich nazwie regionalnej kiedy były w szczytowej formie produkcyjnej. To wszystko przywróci i przypomni Ci mistrz Chmara z Bysławka.

Oj, powiało historią. W niewielkim trójkącie, patrząc z perspektywy kraju, zawartym pomiędzy trzema wieżami, jest wiele ciekawych miejsc. Zanim powiesz gospodarzowi wiejskiego muzeum – „część”, spytaj go jeszcze o „drajek”. Co to jest? To jest moja kolejna zagadka. W zasadzie Bysławek dorobił się już drugiego. Twórcą tego większego byli członkowie „Klubu Atrakcyjnych Kawalerów”. Dziś już praktycznie nie działa bo okoliczne „Świtezianki” zrobiły swoje. Jednak najwytrwalsi członkowie zbierają się przy panience zwanej „Obfitość” i na twardym stole kamiennym zapadają głębokie ustalenia. Ta rzeźba jest kolejnym ziarnem pokłosia jednego z międzynarodowych plenerów, które odbywają się co roku na przełomie maja i czerwca w Bysławiu. Właśnie w tym kierunku teraz się udajesz. Przed Tobą długa prosta droga na dystansie 1999 metrów. Ostatnie maleńkie wzniesienie i po obu stronach wyrastają małe schludne domy jak grzyby po deszczu. Pewnie nie wiele minie czasu, a kolejne zawitają aż do  Bysławia. Póki co jest jeszcze kilka wolnych działek. Może wybierasz którąś z nich. Wyobraź sobie, że kiedy kończyła się II wojna światowa była to kręta wąska polna droga. Rosjanie, by ułatwić sobie dojazd do sztabu z linii frontu zbudowali dwupasmową drogę drewnianą. W tym celu zarekwirowali deski i bale z okolicznych tartaków. Potem miejscowi chłopi zbudowali z nich wiele płotów i „przyłap”. Prawda, że zmienia się krajobraz ten zależny od człowieka. Pozostają tylko wzgórza, jeziora, stare bory. Literatura pierwszy raz wymienia Bysław w 1301 roku. Wtedy to Wacław II z Przemyślidów podarował Piotrowi Święcy ze Słupska jako prezent ślubny dwie wsie: Bysław i Cekcyn oraz młyn Wlekliska pod Nowem. To były Królewskie gesty. Za to nasz Bysław, ale i okoliczne wsie miały status rycerskich. Najlepiej o tym zaświadcza poznany przez Ciebie Mały Bysław. Bo taką właśnie w języku niemieckim nosił nazwę Bysławek (Klain Bislaw). Ty już na pewno dojeżdżasz do Dużego Bysławia (Gros Bislaw) i po lewej ponownie wita Ciebie wspomniana przy wjeździe Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna. Po lewej zaś jest to najlepszy przykład przemian ustrojowych, a następnie gospodarczych. Za solidnym płotem na terenie byłego POM-u potem SKR-u teraz funkcjonuje bardzo nowoczesny zakład branży metalowej. Produkuje się w nim jedne z najnowocześniejszych kontenerów na śmieci. Prawie cały Półwysep Skandynawski używa bysławskie wyroby. Po sąsiedku jest jeszcze jeden zakład z tym, że branży krawieckiej. Ostra igła kościelnej wieży jest już tak blisko, że gdyby położyła się na „ostatniej drodze” spoczęła by prawie w połowie drogi pomiędzy kościołem a cmentarzem. Również i ten cmentarz wypada odwiedzić. Za nim jednak odwiedzisz tę nekropolię na chwilę zapraszam Ciebie do mini parku. Jest to zaiste dziwny obiekt żywej pamięci wielkiego jubileuszu. „Park 700-lecia Bysławia” utworzono całkowicie siłami zapału społecznego. Ułożono „lapidarium bysławskie”. Jest to zbiór siedmiu dużych głazów symbolizujących siedem wieków Bysławia. Wzrasta tu kilkanaście „drzew rodowych”. Pod każdym z nich na razie małych, bo siedmioletnich drzewek znajduje się certyfikat. Mówi on o rodzinie, która posadziła  to drzewo, a butelka zawiera ponadto niekiedy jeszcze wiele ciekawostek. Na przykład: zdjęcia, listy, banknoty, monety, włosy, paznokcie, kawałki taśm magnetofonowych. Podobno rekordziści schowali w te butelki około stu różnych gadżetów i pamiątek. Na terenie Bysławia rośnie takich drzewek 72 szt. Najwięcej na terenie Zespołu Szkół.

Powoli kończy się Twoja przygoda zawarta w trzech wieżach. W trzech żywiołach: ziemi, powietrzu i wodzie. Dwa pierwsze towarzyszyły Ci cały czas. Czyste, świeże, urokliwe. Ostatni- woda czeka na Ciebie na plaży tam obmyj pył i zmęczenie, a poczujesz się znowu rześki i raźny. Oby wszystkie wrażenia zapadły Ci w miłej pamięci. Ciesz się nimi tak długo, aż może znowu tu do nas przybędziesz. Jeżeli zgłodniałeś lub jesteś spragniony, przypomnij sobie początek.

Autor: Włodzimierz Dębicki

MARSZRUTA SZLAKU

  1. Kościół w Bysławiu – I TABLICA (START) – 0,0 km
  2. Knieja na „Juli” – II TABLICA – 3,0 km
  3. Skwer przy Urzędzie Gminy Lubiewo – III TABLICA – 5,0 km
  4. Tablica przy Hydroforni – kościół ewangelicki i plebania – 5,1 km
  5. Skwerek przy stawie w Lubiewie – V TABLICA – 5,8 km
  6. Kościół w Lubiewie – IV TABLICA – 6,5 km
  7. Szkółka leśna w Lisim Kącie – VI TABLICA – 10,7 km
  8. Droga różańcowa – VIII TABLICA – 11,4 km
  9. Kamień ofiarny KŁ „Szarak” – VII TABLICA – 11,3 km
  • Zielony tunel na „grobelce” – IX TABLICA – 14,1 km
  • Skrzyżowanie sześciu dróg i siedmiu diabłów – X TABLICA – 14,9 km
  • Wieś Minikowo – bieszczadzki krajobraz
  • Klasztor w Bysławku (+Muzeum Narzędzi) – XII TABLICA – 18,0 km
  • Muzeum narzędzi w Bysławku
  • Kapliczka „Kozi Bórek” – XI TABLICA – 16,4 km
  • Powrót do Bysławia – przez plażę/cmentarz na rynek 20,0 km

Łączna długość trasy ok. 25 km

Obraz1